logo

Tarcza NIE! Kolorowy protest na Helu

Ósmego czerwca na Helu pacyfiście z całej Polski uczestniczyli wraz z innymi środowiskami antywojennymi w pokojowej manifestacji przeciwko amerykańskim systemom rakietowym w Polsce. Bezpośrednim impulsem do zorganizowania manifestacji była wizyta na Helu prezydenta USA G. Busha.

Manifestacja była jaskrawym przykładem zderzenia dwóch odmiennych podejść do polityki. Z jednej strony sto kolorowych osób śpiewjących, skandujących, sypiących płatki róż na policyjne tarcze, puszczających tęczowe bańki mydlane i tańczących przy pięknej, granej na żywo muzyce. Z drugiej strony - trzy tysiące policjanów uzbrojonych w ciężki sprzęt szturmowy, którzy - przysłani przez swych dowódców - stali na  przeciwko tańczących dziewczyn z nieco zawstydzonymi minami.

Manifestanci, którzy przybyli na Półwysep Helski w większości już poprzedniego dnia, zaczęli około 11:00 zbierać się przed stacją PKP w Juracie. Stopniowo docierali kolejni, informując o kłopotach z przejazdem. Około 12:00, jako sygnał do rozpoczęcie manifestacji odbył się poruszający performance. Ewa w białym kitlu jako Kasandra przepowiadała mroczną przyszłość rakietowego świata i padała krwawiąc, a Miranda w czarnych lateksach pędziła biczem trzy konie apokalipsy. Kiedy zakrwawioną Kasandrę zniesiono z jezdni a stuosobowa grupa zamierzała sformować pochód i ruszyć w kierunku miejscowości Hel ku rezydencji prezydenckiej, nagle apokaliptyczne pororoctwo Kasandry zaczęło się spełniać: podjechały na sygnale policyjne pojazdy i wysypało się z nich kilkuset czarnych, uzbrojonych policjantów. Policjanci zaczęli spychać tarczami uczestników manifestacji z jezdni w kierunku chodników. Jednak kiedy natrafili na linię osób siedzących na ziemi i pokojowy ale stanowczy opór, zatrzymali się.

Akcję policji można ocenić jako utrzymaną w dopuszczalnych granicach: nie nadużywano szczególnie przemocy. Odnieśliśmy wrażenie, że prawdopodobnie policjanci mieli rozkaz działania bardziej brutalnego, ale sami wyraźnie nie kwapili się do używania przemocy wobec pokojowego tłumu. Po kilkunastu minutach niezbyt gwałtownego przepychania się, policjanci stanęli w miejscu, rezygnując z całkowitego zepchnięcia manifestantów z jezdni. Uczestnicy protestu zachowywali się nadal całkowicie pokojowo: na policyjne tarcze i kaski dziewczyny sypały płatki dzikiej róży i puszczały bańki mydlane mieniące się tęczowo w słońcu. Przy bębnach i grzechotkach rapowaliśmy hasło: Z jednej strony / gazowe armatki, / z drugiej strony / różowe kwiatki :) i właśnie taka była atmosfera.

Po około półtorej godziny pojawił się wśród manifestantów burmistrz Juraty, który potwierdził nasze prawo manifestowania i wyraził zdziwienie nadmiernymi środkami policyjnymi przeciwko pokojowej manifestacji, czym zyskał sobie naszą sympatię i zebrał brawa. Ostatecznie po kolejnych godzinnych targach z policją manifestacja ruszyła zaplanowaną trasą w stronę rezydencji prezydenckiej. Doszliśmy zgodnie z planami w bezpośrednie sąsiedztwo rezydencji. Przed kordonem zamykającym dostęp do samej rezydencji manifestacja zatrzymała się.

Na tle tarcz uzbrojonej policji rozpoczął się piknik pokojowy. Duża ekipa z bębnami i instrumentami perkusyjnymi dała perfekcyjny koncert, który porwał manifestantów do tańca. Policjanci wyraźnie mieli ochotę przyłączyć się, ale - rozkaz to rozkaz. Powtórny performance powalił wszystkich na kolana: tym razem po złowieszczym proroctwie kasandry w tłum manifestantów wjechał na koniu sam George Bush w wersji sado-maso (czarne lateksy, szpilki, pejcz). Obiecał tłumowi powszechną szczęśliwość i pobłogosawił zebranych, a następnie zaczął namaszczać czoła zebranych krwią Kasandry. Namaszczeni padali jak muchy...

Przed samym przylotem prezydenckiego helikoptera na jezdni powstał ułożony z siedzących manifestantów napis: GET OUT! Po godzinie 19:30 manifestacja zakończyła się podobnie pokojowo, jak przebiegała. Półwysep helski był zamknięty dla ruchu i sparaliżowany jeszcze przez niemal 2 godziny.

Artur Łazowy, Stowarzyszenie EFFATA; Inicjatywa STOP WOJNIE

wykorzystano teksty Wojtka Kłosowski, Beaty Maciejewskiej i wp.pl.

Tarcza antyrakietowa" jako akt wojny
Instalacja amerykańskiego systemu antyrakietowego w Europie Wschodniej jest właściwie aktem wojny. Spróbujcie sobie wyobrazić jak zareagowałaby Ameryka gdyby Rosja, Chiny, Iran, czy jakiekolwiek inne państwo, odważyłyby się choćby tylko rozważać budowę takiego systemu na granicy Stanów Zjednoczonych, czy w bliskim sąsiedztwie. W tych niewyobrażalnych okolicznościach, odpowiedź byłaby nie tylko gwałtowna, ale i zrozumiała, gdyż powód jest prosty: powszechnie wiadomo, że systemy antyrakietowe są bronią ofensywną. Należą do pierwszej linii ataku.

Oto jak amerykańscy analitycy wojskowi opisują projektowany system: "To nie tylko tarcza, to niezbędne przygotowanie do działania". "Ułatwi on bardziej skuteczne stosowanie naszej potęgi militarnej zagranicą". "Chroniąc nasz kraj przed ripostą, obrona antyrakietowa zagwarantuje zdolność Stanów Zjednoczonych do kształtowania środowiska politycznego w innych częściach świata". "Obrona antyrakietowa praktycznie nie służy obronie Ameryki. To jedno z narzędzi dominacji". " Nie chodzi o obronę: to broń ofensywna i jest nam potrzebna jako taka."

Wszystkie te cytaty pochodzą ze źródeł oficjalnych. Instalacja tego systemu ma doprowadzić do ekstremum światową hegemonię Stanów Zjednoczonych.

A logika jest prosta, łatwo ją zrozumieć: funkcjonalny system antyrakietowy informuje potencjalnych przeciwników "zaatakujemy was kiedy zechcemy, a wy nie będziecie mogli nic na to poradzić, ergo: niczego nie możecie nam zabronić".

Właśnie próbujemy wcisnąć ten system wschodnim Europejczykom jako obronę przed irańskimi rakietami. Jednak nawet gdyby Iran miał bronie atomowe i rakiety dalekiego zasięgu, prawdopodobieństwo, że Iran zaatakuje Europę jest mniejsze niż gdyby miała w nią uderzyć asteroida. Gdyby więc chodziło o obronę powinno się zainstalować system anty-asteroidowy.

Gdyby Iran w choć najskromniejszy sposób rozważał zamiar takiego działania, zostałby rozbity w puch. System jest, póki co, rzeczywiście wymierzony w Iran, ale jako podstawowa część systemu atakującego. Stanowi element wzmagających się, amerykańskich gróźb wobec Iranu, gróźb, które same w sobie stanowią pogwałcenie Karty Narodów Zjednoczonych.

Kiedy Michaił Gorbaczow pozwolił zjednoczonym Niemcom należeć do wrogiego sojuszu wojskowego, zaakceptował jednocześnie poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji (z racji zbyt szeroko znanych, by o nich teraz mówić). W zamian rząd Stanów Zjednoczonych zobowiązał się nie rozszerzać NATO na wschód. To zobowiązanie zostało pogwałcone kilka lat później, co nie wzbudziło zbyt wielu komentarzy za Zachodzie, choć wzmogło niebezpieczeństwo militarnego starcia.

"Tarcza antyrakietowa", która jest po prostu systemem rakietowym, wzmaga ryzyko wojny. "Obrona" polega na wzmożeniu agresywnych gróźb wobec krajów Środkowego Wschodu, o nieobliczalnych konsekwencjach. Oznacza też groźbę wojny nuklearnej.

Ponad pół wieku temu Bertrand Russel i Albert Einstein zaapelowali do narodów świata, by zdały sobie sprawę, że stoimy wobec wyboru "jasnego, strasznego i nieuniknionego": powinniśmy skończyć z ludzkością, czy też ludzkość jest w stanie zrezygnować z wojen?

Akceptacja wyrażenia "tarcza antyrakietowa" to tworzenie miejsca na wybór końca rodzaju ludzkiego w nie tak dalekiej przyszłości.
 

Artur Łazowy, Stowarzyszenie EFFATA, Piła, effata@wp.pl, tel. 0601 97 06 79
Inicjatywa STOP WOJNIE, Warszawa,
www.isw.w.pl stopwojnie@go2.pl

wykorzystano tekst Noam Chomsky, il Manifesto, w tłum. Jerzy Szygiel.

Galeria